Każdy z nas chce czuć się bezpiecznie. To truizm i fakt. Ze statystycznego punktu widzenia, żyjemy w dość bezpiecznym kraju. Tyle, że nie znam osoby, którą byłaby w stanie uspokoić statystyka. Zewsząd bombardują nas „niusy” o rozbojach, pobiciach, morderstwach. Prawie każdy choć raz znalazł się w sytuacji zagrożenia lub agresji ze strony innego człowieka, a na pewno każdy zna osobę, która tego doświadczyła. Nawet jeden taki epizod potrafi skutecznie zaburzyć poczucie bezpieczeństwa i wzbudzić potrzebę znalezienia „lekarstwa” na ten stan.
Jednocześnie jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że obecny świat oferuje nam szybkie i łatwe rozwiązania niemal każdego problemu. „Na wszystko znajdzie się jakaś Apka”- jak mawia mój kolega informatyk. Coraz więcej urządzeń, przedmiotów, oprogramowania zaspokaja nasze potrzeby, wyręcza nas. Nasza rola stopniowo sprowadza się do tego, by wybrać i kupić najlepsze rozwiązanie. Szybko, łatwo, przyjemnie. W kwestii bezpieczeństwa wydaje się być podobnie – najchętniej kupilibyśmy sobie coś co nam je zapewni. Bach – przelew, i czuję się bezpiecznie, nie muszę już o tym myśleć. Dlatego tak chętnie nabywamy broń i przedmioty służące samoobronie. Wspaniałe jest to, że już w momencie wejścia w posiadanie takiego przedmiotu zaczynamy czuć się wyraźnie bezpieczniej, jakby samo „manie” chroniło cudownie przed niebezpieczeństwem. To dlatego, że przedmiot ten staje się rodzajem talizmanu. Jego moc jest bardziej magiczna, lub jak kto woli psychologiczna, niż związana z możliwością fizycznego wykorzystania przeciwko innej osobie. Bo czy samo noszenie gazu w torebce, batona w plecaku, posiadanie „AR-a” w szafie S-1, realnie zwiększa nasze bezpieczeństwo?
Przykład? Jakieś 5 lat temu stałem się dumnym posiadaczem „batona” – w teorii prawie doskonałego narzędzia samoobrony – taniego, legalnego, skutecznego, nieskomplikowanego w obsłudze, pozwalającego stopniować stosowaną siłę. Baton przez niecały rok obijał się w plecaku ( + 10 do poczucia bezpieczeństwa bezdyskusyjne), kolejne dwa przeleżał w szufladzie (jednak ciężkawy), dopiero niecałe dwa lata temu wziąłem go na zajęcia poświęcone obronie przy użyciu pałki. Jak się okazało głównie po to, by stwierdzić, że raz – kompletnie nie potrafię się nim posługiwać, i jeżeli jakimś cudem udało by mi się go wyciągnąć, najpewniej zostałby mi odebrany i użyty przeciwko mnie, dwa – wersja, którą mam jest praktycznie bezużyteczna na krótkim dystansie – za długa, za ciężka, do tego z fakturą chwytu uniemożliwiającą szybkie wydobycie zza pasa lub z kieszeni. Bach – wylądował z powrotem w szufladzie. Ale nie – nie sprzedałem, przecież kto pozbywa się swoich talizmanów, nawet jeżeli ich „fizyczna” funkcjonalność jest wątpliwa.
Czas na rachunek sumienia – Ile każdy z nas ma takich talizmanów? A ile razy udało się dzięki któremuś wyjść cało z opresji (i nie mam tu na myśli napadu pragnienia ugaszonego butelką zimnego piwka uprzednio odkapslowanego za pomocą taktycznego noża Benchmade albo Spyderco), ile razy ćwiczyliśmy scenariusze ich użycia, albo chociaż sprawdzaliśmy jak szybko jesteśmy w stanie wydobyć z miejsca zwyczajowego przenoszenia?
Jeżeli zależy nam przede wszystkim na zapewnieniu sobie poczucia bezpieczeństwa, szczególnie gdy lubimy łatwe rozwiązania, możemy na tym poprzestać. Żyjemy w statystycznie bezpiecznym kraju i najpewniej żaden z naszych talizmanów nie okaże się nigdy potrzebny w akcji. Warto jednak pamiętać, że kupiliśmy samo „poczucie”, a nie prawdziwe bezpieczeństwo. Ono wymaga znacznie więcej niż samej broni, a może się nawet okazać, że broń gra tu najmniej istotną rolę.
„To nie broń zabija tylko człowiek, który ją trzyma” – jedno z ulubionych powiedzeń zwolenników dostępu do broni. W kontekście samoobrony warto je sparafrazować „To nie broń Cię ochroni, tylko Ty sam, odpowiednio jej używając”. Pod warunkiem, że potrafisz… A tego nie da się od tak kupić, trzeba w to zainwestować, pieniądze, czas, wysiłek. Temat był i pewnie będzie wielokrotnie poruszany na łamach tego czasopisma. Przyswajając wszelką przydatną wiedzę nie zapominajmy, że wiedzieć co zrobić to jedno, a umieć to zrobić, to inna bajka… Wiedza o technikach obrony i użycia broni jest ważnym dopełnieniem jej posiadania, ale może stać się „talizmanem” tak jak sama broń – skutecznym w poprawianiu samopoczucia, ale nie w zapewnieniu sobie prawdziwego bezpieczeństwa.
Przykład? Na jednym z ostatnich warsztatów „force-on-force” sprawdzaliśmy praktyczną możliwość wykorzystania pistoletu do obrony w różnych sytuacjach, w tym przeciwko napastnikowi uzbrojonemu w nóż. W konfrontacji gąbka (nóż) vs kule z pudru (pistolet), zwycięzcą okazała się… gąbka. A uczestnikami były osoby obyte z bronią i technikami samoobrony. W dodatku nie było mowy o prawdziwym efekcie zaskoczenia – każdy wiedział, że za chwilę wyskoczy na niego gość uzbrojony budzący grozę kawał różowej gąbki. Parę razy – szczególnie kiedy „napastnik” nie wczuł się do końca w rolę nabuzowanego, zdeterminowanego psychopaty – broniącemu udawało się dobyć broni i jej użyć. Pierwszy strzał padał jednak na dystansie krótszym niż wyciągnięta ręka, o celowaniu za pomocą przyrządów nie było mowy. Najmniejsze opóźnienie w reakcji, błąd przy dobyciu powodował, że to „nożownik” pierwszy dosięgał celu i najczęściej był w stanie zadać 2 – 3 ciosy zanim kula opuściła lufę pistoletu.
Podczas tego ćwiczenia zaskoczył mnie fakt, że o ew. sukcesie lub porażce decydowały zupełnie inne czynniki niż to, na czym koncentruje się znakomita większość osób interesujących się bronią i uprawiających sporty strzeleckie. Kwestie rozwiązań konstrukcyjnych, celności broni, pojemności magazynka, a nawet postawa, chwyt czy precyzja oddawania strzału przez strzelca, okazały się dalece mniej ważne niż np. właściwa ocena sytuacji, szybkość dobycia, umiejętność utrzymania lub zbudowania dystansu. Jeżeli podobnie jest w realnej sytuacji – a nie mam powodów w to wątpić – to w kontekście zastosowania obronnego, chyba lepiej poświęcić czas na dobór optymalnej kabury i sposobu noszenia broni, niż na dywagacjach, która generacja Glocka jest lepsza.
Jeszcze jedna sytuacja podczas warsztatu skłoniła mnie do refleksji. W wariancie ćwiczenia bez naboju w komorze (czyli po dobyciu broni trzeba było ją jeszcze przeładować), jeden z uczestników w roli broniącego się, widząc pędzącego na siebie napastnika, nawet nie próbował dobyć w pierwszej chwili broni, tylko zszedł z linii ataku i poczęstował napastnika kopniakiem w krocze (tak, mieliśmy ochraniacze, nie, ten nie do końca zadziałał). Dopiero wtedy wyciągnął pistolet. Była to chyba jedyna sytuacja tego dnia, w której ktoś mógł sobie pozwolić na spokojne przeładowanie i skorzystanie z przyrządów celowniczych… Trzy kule z pudru wylądowały, z bardzo eleganckim skupieniem, pomiędzy łopatkami napastnika. Po fakcie wspomniany kolega powiedział, że zdecydował się na takie rozwiązanie bo zauważył, że napastnik jest zwinny i szybki, a wiedział już, że dobycie i przeładowanie broni zajmie zbyt wiele czasu. Dlatego skupił się na uniknięciu pierwszego ciosu, zatrzymaniu napastnika możliwie najprostszą i skuteczną metodą, a po broń sięgnął dopiero wtedy kiedy wiedział, że będzie mógł skutecznie jej użyć. Chciało się klaskać i krzyknąć „bravo”! Jest jedno ale… Czy w realnej sytuacji prokurator podzieliłby nasz entuzjazm? Gość właśnie oddał trzy celowane, precyzyjne strzały w miejsce mające spowodować śmiertelne obrażenia osobie, która była odwrócona do niego plecami, w odległości przekraczającej zasięg ręki z nożem, w dodatku ręka ta nie trzymała już noża, tylko obolałe klejnoty? Sytuacja choć z pozoru prosta, okazała się mieć tyle wymiarów i aspektów, że ani broń sama w sobie, ani nawet wiedza i umiejętności nie mogły zagwarantować pełnego sukcesu.
I tu dochodzimy do sedna. Dużo się mówi o narzędziach samoobrony i broni jako takiej, sporo o technikach jej użycia, o szpeju, ale rzadko się słyszy o czymś co Amerykanie określili „situational awareness” czyli „świadomością sytuacyjną” – umiejętnością właściwej oceny sytuacji, identyfikacji zagrożenia i dopasowania sposobu reagowania. To chyba najbardziej złożona i najtrudniejsza do opanowania część zagadnienia związanego z zapewnieniem bezpieczeństwa sobie i innym. Jednocześnie jest ona „brakującym ogniwem” wielu dyskusji, poradników i szkoleń. Dlatego warto się nad tym tematem pochylić więcej.
STREETSMART

Od prawie 20 lat specjalizujemy się w praktycznym wykorzystaniu broni palnej – zarówno w codziennej pracy z bronią, jak i w szkoleniach o wysokim stopniu realizmu. Nasze doświadczenie budujemy we współpracy z krajowymi i zagranicznymi instruktorami, weteranami oraz specjalistami cywilnymi.
Twoje bezpieczeństwo zaczyna się od wiedzy i treningu.
Dołącz do naszego newslettera i otrzymuj powiadomienia o nowych szkoleniach strzeleckich i taktycznych.
Bądź na bieżąco z wydarzeniami, które pomagają rozwijać umiejętności, budować pewność siebie i zwiększać skuteczność w działaniu.
All Rights Reserved. Developed by MediaProjectGroup | Polityka prywatności | Regulamin STREETSMART | Q&A | DO POBRANIA